Uwagi na marginesie życia publicznego
RSS
piątek, 27 kwietnia 2012
Pieśń, która poprowadziła Rewolucję Goździków

Rok 1933 to najważniejsza data powstawania monopartyjnych, klerykalno-nacjonalistycznych państw faszystowskich: oprócz austrofaszyzmu i III Rzeszy także portugalskie „Estado Novo” ("nowe państwo") pod wodzą dyktatora Antonio Salazara. Taki model państwa był od wielu lat (i jest nadal) bardzo popularny w środowiskach katolickich. Wystarczy spojrzeć na obecne działania środowisk powiązanych z Radiem Maryja, warto też zwrócić uwagę, na przykład, na wypowiedź kardynała Stefana Wyszyńskiego w odniesieniu do rządów klerykalno-nacjonalistycznego dyktatora Antonio Salazara:

Przez wiele, wiele lat kierował swoim państwem, Portugalią. [...] Doprowadził to tego, że jego kraj ciągle niespokojny, pełen najrozmaitszych gwałtów i przemocy, stał się krajem pokoju i dobrobytu. […] Za jego rządów wszystko odmieniło się ku lepszemu.*

25 kwietnia przypada rocznica upadku stworzonego przez dyktatora Salazara „Estado Novo”. Antyfaszystowskie powstanie zostało dokonane w roku 1974 (7 lat przed śmiercią kardynała Wyszyńskiego) przez tajną, dążącą do demokracji organizację wojskową o nazwie Ruch Sił Zbrojnych („Movimento das Forças Armadas”). Powstanie to nazywane jest „Rewolucją Goździków” („Revolução dos Cravos”), ponieważ powstańczy żołnierze wkładali do luf swojej broni goździkowe kwiatki, aby pokazać, że pragną stworzyć państwo demokratyczne i nie zamierzają ani stosować przemocy, ani nikogo zabijać. Była to w całej historii świata jedna z niewielu rewolucji bez ofiar (zginęło tylko czterech powstańców zamordowanych przez tajną policję PIDE, portugalski odpowiednik Gestapo). Ponieważ organizacja w armii była tajna, powstańczy działacze nie za bardzo mogli się bezpośrednio komunikować. Sygnałem do podjęcia działań mających na celu obalenie dyktatury miało być pojawienie się w radiu pieśni Grândola, Vila Morena, śpiewanej przez sławnego muzyka i pieśniarza Zeca Afonso. Gdy zabrzmiała radiowa pieśń około północy, powstańczy żołnierze ruszyli, by odzyskać demokratyczne państwo, co udało się im osiągnąć w ciągu kilku dni. Przyznam się, że ta urocza pieśń od lat mnie zachwyca:

A tak brzmi jej polska wersja w wykonaniu Edyty Geppert:

 

* Stefan Wyszyński, Kościół w służbie narodu. Poznań: Pallottinum, 1981, str. 197.

15:10, de_percheville
Link Komentarze (2) »
wtorek, 24 kwietnia 2012
Wspomnieniowy komentarz

Poniższy zapis jest nie tyle moim oryginalnym tekstem, co raczej komentarzem do blogowego felietonu Cheronei „Prawdziwi zdrajcy”. Zamieszczam go tutaj, a nie na wspomnianym blogu, ponieważ (1) jako komentarz byłby nieco zbyt obszerny i rozbudowany, (2) zawiera również pewne moje wspomnienia sprzed dwudziestu paru lat.

W latach 80-tych przez pewien czas studiowałem w Niemczech, w Saarbrücken. Pewnego dnia „poderwała” mnie pewna urocza Bułgarka, która przyjechała tam na stypendium (wraz z drugim studentem). Bardzo mi się podobała, świetnie tańczyła, lubiła jazz, więc regularnie chodziliśmy razem na koncerty do mojego ulubionego jazzowego klubu „Gießkanne” („konewka”). Wspomniany jej kolega chwilami mnie irytował, co i rusz wygłaszając, że u nich, w Bułgarii, wszystko jest lepsze niż tu w zachodnich Niemczech. W końcu postanowiłem zrozumieć, dlaczego gada takie bzdury. Zaprosiłem go do siebie i postawiłem „Wyborową”. Po którymś z kolei kieliszku był już nieco wstawiony i coś się w nim przełamało. Zawołał nagle po bułgarsku: „A ja to ebam, Byłgaria ta ebam i socjalizym ten ebam!”. Opowiedział mi również, że jako student germanistyki, żeby przyjechać na to stypendium, musiał wziąć udział w specjalnym konkursie. Wygrał ten konkurs i uzyskał najlepsze wyniki. A spotykająca się ze mną studentka wcale nie brała udziału w konkursie, a mimo to z nim przyjechała. Wyjaśnił, że jest ona ubecką agentką i została wysłana, żeby go kontrolować. Dlatego musiał przy niej wygłaszać takie, a nie inne zdania. Muszę powiedzieć, że mocno mnie to zabolało, skończyły się nasze relacje i więcej się z nią nie spotykałem.

W odniesieniu do wspomnianego blogowego felietonu powiedziałbym, że wspomniane ubeckie usługi to nie tyle „zdrada”, co raczej swoista „polityczna prostytucja”: oddaję się, a w zamian otrzymuję pewne znaczące korzyści. Jest to typowy schemat we wszystkich totalitarnych systemach – bez pełnej kontroli całej społeczności może łatwo dojść do upadku reżimowej władzy. Tak było (i jest) w państwach faszystowskich i komunistycznych, a także w środowiskach mafijnych. Czyli rozbudowane struktury kontrolne są po prostu fundamentalnym elementem tego rodzaju politycznego schematu.

18:29, de_percheville
Link Komentarze (4) »
List otwarty blogerów z Bloxa

Nam też nie jest wszystko jedno!

Jesteśmy grupą blogerów z Bloxa. Nasze blogi prowadzimy już od dłuższego czasu, wkładając w to sporo czasu, pasji i zaangażowania. Gdy zaczynaliśmy blogowanie – pisanie właśnie na tym portalu było powodem do dumy i poczucia przynależności do dbającej o jakość elity blogosfery.

Czuliśmy też, że jesteśmy ważni dla zarządzających portalem gazeta.pl. Blox się rozwijał, zawsze były na nim aktualne informacje, na stronie głównej gazeta.pl codziennie można było znaleźć linki do kilku ciekawych notek z blogów. Nawet więc, gdy czasami zdarzały się awarie serwerów czy błędy w oprogramowaniu – przymykaliśmy na to oczy. Tym bardziej, że kontakt z adminem był na bieżąco i gdy tylko coś się działo, zawsze była reakcja.

A teraz? Od dłuższego czasu czujemy, że jesteśmy zbędni i niepotrzebni. Bloxem nikt zarządza, nie aktualizuje nawet tych funkcjonalności, które już są. Ze strony gazeta.pl zniknęło okienko Bloxowe (a także fora i galeria zdjęć) – dominują za to tytuły i newsy typowe dla tabloidów, a nie dla medium, które kiedyś uchodziło za opiniotwórcze. Napisanie prostej notki, komentarza czy wklejenie zdjęcia coraz częściej staje się poważnym problem technicznym. Pomocy nie ma albo wcale, albo ogranicza się do standardowych formułek typowych dla korporacji.

Świat się zmienia, blogosfera również. Obecnie blogi to w wielu wypadkach naprawdę wartościowe strony, zawierające treść i dyskusje na wysokim poziomie, o wysokim PageRanku. Niestety, czujemy się coraz bardziej intruzami na portalu, zupełnie zbędnym elementem niepasującym do nowej wizji funkcjonowania gazeta.pl. Poziom Plotka góruje – to niestety widać na portalu. Efekt jest widoczny – coraz więcej wartościowych blogerów szuka sobie innego miejsca, kończąc swoje blogowanie na Bloxie.

Tu się kiedyś dobrze pisało...

Papierowa Gazeta Wyborcza reklamuje się od dziś słowami Nam nie jest wszystko jedno.

Nam, blogerom z Bloxa, też nie jest wszystko jedno. To nasze miejsce w sieci i nie chcemy stąd odchodzić. Dlaczego Agora nas odrzuca?
Zachęcam do przyłączania się do akcji. Najlepiej TUTAJ.

Tagi: blogi
14:44, de_percheville
Link Komentarze (4) »
Powrót toruńskiego tumultu

W XVII i na początku XVIII wieku Toruń był jednych z nielicznych dynamicznie rozwijających się polskich regionów w dziedzinie nowoczesnej gospodarki, otwartej obyczajowości dystansującej się od szlacheckiego feudalizmu, nowatorskich poglądów i kultury oświeceniowej. Wiązało się to z tradycją przynależności do Hanzy, dominacji mieszczaństwa i religii ewangelickiej. Ważnym elementem nowoczesnego rozwoju było także Gimnazjum Akademickie, uczelnia półwyższa o bardzo wysokim, nowoczesnym poziomie nauczania. Takie postawy społecznie budziły w Toruniu ogromny gniew w szlacheckich środowiskach katolickich, stanowiących w tym regionie uboższą mniejszość.

W roku 1724 podczas procesji wokół jednego z kościołów katolickich zatrzymała się i przyglądała religijnej uroczystości grupa ewangelickich gimnazjalistów. Oburzyło to uczniów Kolegium Jezuickiego – podeszli do nich i zażądali zdjęcia czapek oraz klęknięcia podczas procesji. Gdy odmówili, zostali zaatakowani i doszło do bójki. Tego samego dnia, wieczorem, grupa gimnazjalistów została ponownie zaatakowana, ale bijatyka był tym razem znacznie bardziej brutalna. Przerwało ją wkroczenie policji, która aresztowała dwóch najbardziej agresywnych jezuitów. W odpowiedzi jezuici porwali na ulicy przechodzącego ewangelickiego gimnazjalistę, uwięzili go jako zakładnika w Kolegium i wraz z rektorem domagali się wypuszczenia aresztowanych awanturników. W reakcji na porwanie gimnazjalisty pod budynkiem Kolegium zebrał się tłum rozgniewanych mieszczan, który w pewnym momencie wdarł się do Kolegium, uwolnił uwięzionego zakładnika, ale również dokonał szeregu zniszczeń. Wyrzucono na zewnątrz i podpalono święte obrazy (wśród nich obraz Matki Boskiej).

Władze miasta uruchomiły śledztwo i przesłuchiwanie świadków z zamiarem ukarania uczestników napadu na Kolegium. Tymczasem środowiska katolickie podjęły propagandowe działania na terenie całej Polski, informując o napaści przez ewangelików, zbezczeszczeniu katolickiego kościoła i spaleniu świętych przedmiotów. Równocześnie złożyli też wniosek do sądu domagając się ukarania toruńskich władz miasta. Sąd wydał bardzo surowy wyrok:

  • skazano na karę śmierci prezydenta i wiceprezydenta miasta oraz dwunastu członków rady miasta;
  • kilkudziesięciu toruńskich ewangelików skazano na karę więzienia;
  • nakazano usunięcie z Torunia Gimnazjum Akademickiego;
  • odebrano ewangelikom i przekazano katolikom dwa kościoły;
  • skazano na banicję dwóch wskazanych przez jezuitów pastorów;
  • postanowiono, że członkami władz miasta co najmniej w połowie muszą być katolicy.

7 grudnia 1724 roku skazanym na śmierć toruńskim przedstawicielom władz miasta publicznie obcięto głowy.

Wspomniane wydarzenia, a przede wszystkim okrutna kara śmierci wobec niewinnych osób, zadana wyłącznie z przyczyn religijnych, wywołała powszechne oburzenia niemal w całej Europie, przede wszystkim wśród ludzi o poglądach oświeceniowych. Zabójstwo i prześladowanie protestantów wywołało również wściekłość polityków, głównie w Anglii i Prusach. Władze Anglii rozważały nawet wysłanie do Polski swojej armii dla obrony prześladowanych niekatolickich obywateli. Była to niewątpliwie spora międzynarodowa kompromitacja polskiego państwa.

Przyznam się, że odbywające się niedawno mocherowe „toruńskie tumulty” kojarzą mi się ze wspomnianą osiemnastowieczną historią. Czyżby z tego powodu radiomaryjni politycy PiS-u domagali się przywrócenia kary śmierci?

12:13, de_percheville
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Jeszcze jedno spojrzenie na kulturę regionalną

Ponieważ uważam, że wielość i różnorodność kultur regionalnych kształtuje, wzbogaca, rozbudowuje i uatrakcyjnia ogólną kulturę narodową, co i rusz spoglądam to tu, to tam, żeby dostrzec przykłady potwierdzające to moje przekonanie. Dlatego chciałbym zwrócić uwagę na pewną bardzo interesującą (dla mnie) kulturę regionalną u naszych zachodnich sąsiadów. Mam na myśli język, kulturę i tradycję określaną jako dolnoniemiecka (lub dolnosaksońska). Przez kilka stuleci między społecznością dolnoniemiecką a wysokoniemiecką trwała rywalizacja w różnych dziedzinach: o przyjęcie tej lub tamtej mowy jako języka urzędowego, ustalenie społecznej roli szlachectwa i mieszczaństwa itp. O ile w regionach wysokoniemieckich (alemańskich i frankońskich) dominowały normy szlachecko-feudalne, to w regionach dolnoniemieckich (dolnosaksońskich) już od XIII wieku, kiedy powstała tzw. Hanza, stopniowo coraz bardziej dominowały społeczności mieszczańskie. Dlatego reformacja luterańska, mimo że powstała na terenie wysokoniemieckim, została początkowo przyjęta wyłącznie na obszarze Hanzy. Do dziś wyraźnie widać ten podział: w południowej Europie dominuje religia rzymsko-katolicka (Francja, Hiszpania, Portugalia, Włochy, południowe Niemcy itd.), a w północnej  – religia ewangelicka (Holandia, Dania, północne i środkowe Niemcy, Norwegia, Szwecja itd.).

Ponieważ Marcin Luter pochodził z południa, jego tłumaczenie Biblii, homilie i opisy koncepcji reformacyjnej zostały sporządzone w języku wysokoniemieckim, co spowodowało, że język dolnoniemiecki został całkowicie zmarginalizowany. Obecnie społeczność posługująca się tym językiem bardzo przypomina polską społeczność kaszubską. Ale kultura tej społeczności była bardzo interesująca, zarówno od strony obyczajowej, literackiej, jak i np. muzycznej. Właśnie dolnoniemiecka muzyka folkowa od dawna jest dla mnie szczególnie ulubiona.

Jednym z najbardziej urokliwych  dolnoniemieckich muzycznych utworów jest balladowa piosenka o miłości – „Dat du mien Leevsten büst” („Że jesteś moim ukochanym”). Jej treść, biorąc pod uwagę, że powstała co najmniej 200, a może i więcej lat temu, jest dość zaskakująca. Jest to głos młodej dziewczyny, która zwraca się do chłopaka, w którym się zakochała, żeby powiedział, jak ma na imię i żeby się z nią spotkał. Nocą, po północy, w jej sypialni. Bo tata i mama wtedy już śpią. Więc niech zastuka w okno – tata pomyśli, mama pomyśli, że to wieje wiatr. A nad ranem, gdy pojawia się świt, zwraca się do niego: „Leevsten mien, Leevsten mien, denn mößt du gahn” („Mój ukochany, mój ukochany, musisz już iść”).

A tak brzmi ta bardzo ładna melodia:

W zasadzie powinna być ona śpiewana przez kobiety, bo trudno sobie wyobrazić, żeby w tamtych czasach dziewczyna wchodziła nocą przez okno na zaproszenie chłopaka. Ale mężczyzna zachwycony urokliwością tej pieśni też chciałby ją zaśpiewać. Jak choćby Hannes Wader, który w 1977 roku opublikował płytę z muzyką dolnoniemiecką (Plattdeutsche Lieder). Dziś dobiega już 70 lat, ale wciąż koncertuje i prezentuje dolnoniemiecką muzykę:

A tak piosenka ta brzmi w wykonaniu chilijskiego folkowego muzyka, Pablo Ardouina:

00:31, de_percheville
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 kwietnia 2012
Bez władzy absolutnej wzorujmy się na Amiszach

Wygłoszona niedawno przez posła Palikota opinia dotycząca polityki PiS i prezesa Kaczyńskiego, szczerze mówiąc, nie za bardzo mnie przekonuje. Pan poseł sądzi, że kolejne przegrane wybory to „polityczna śmierć” partyjnego przywódcy. Mam jednak wrażenie, że takie podejście do działalności politycznej jest raczej obce w społeczności zgrupowanej wokół tzw. partii prawicowych i środowisk radiomaryjnych. Wystarczy spojrzeć na próbę stworzenia „IV RP” oraz podejmowane wówczas cele i techniki działań politycznych. Głównym celem ówczesnego rządu było niewątpliwie dążenie do przejęcia władzy absolutnej, o czym świadczy brak akceptacji dla rządu koalicyjnego – najpierw odrzucenie stworzenia koalicji z PO, bo ta partia byłaby zbyt trudna do zniszczenia i przejęcia ich elektoratu, a potem próba dokonania takich działań wobec Samoobrony i LPR-u. Wyraźnie wskazują na to techniki pozyskiwania pozaprawnych, tworzonych „tylnymi drzwiami” dominacji polityczno-społecznych:

  • CBA, które miało wprawdzie w nazwie „antykorupcyjną” aluzję, ale nigdy nawet nie mrugnęło w tym kierunku, zajmując się wyłącznie tworzeniem propagandowo-medialnych, fikcyjnych kompromitacji polityków i celebrytów;
  • IPN, które w założeniu miało być narzędziem pisowsko-radiomaryjnej segregacji pracowników urzędów, wyższych uczelni itp.; dlatego najpierw należało zapewnić zarządzanie tym Instytutem przez PiS-owskich funkcjonariuszy (IPN-owscy agenci PiS-u oskarżyli głównego kandydata na stanowisko prezesa IPN, Andrzeja Przewoźnika, o współpracę z SB, wskutek czego odsunięto jego kandydaturę, a po wybraniu prezesa Kurtyki, oświadczyli, że była to pomyłka, i przeprosili, ale cel został osiągnięty), a następnie uruchomić specjalną ustawę „lustracyjną” zapewniającą, tymi samymi metodami, pełną kontrolę nad funkcjonowaniem głównych instytucji państwowych (tu niestety porażka wskutek orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego).

Moja obserwacja sugeruje wyraźną determinację tego środowiska politycznego: państwo polskie powinno mieć kształt plemiennego imperium, a władza musi być absolutna, natomiast kwestia czasu jest drugorzędna – kiedyś i tak to osiągniemy, obojętne czy za 3, czy za 100 lub 200 lat. Nieważne też jakimi metodami. A póki co, budujemy wspólnotę wzorowaną na Amiszach: zamkniętą, w pełni kontrolowaną, w której obowiązuje absolutna zasada socjalnego, religijnego i obyczajowego izolacjonizmu, osoby nie w pełni posłuszne (nie wspominając o apostatach) muszą być natychmiast karane, a jeśli to nie zadziała, to społecznie eliminowane.

Tagi: polityka
12:06, de_percheville
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 kwietnia 2012
Baśniowa historia nauczycielką plemiennego życia

Ministerstwo edukacji przygotowało pewne zmiany w nauczaniu historii (głównie w na poziomie licealnym), które mają zacząć obowiązywać od września 2012. Nie analizowałem tych zmian zbyt wnikliwie, ale z moich obserwacji wynika, że jest to próba naprawy schematu edukacji historycznej. W pierwszej klasie pozostaje jeszcze tradycyjna nauka historii, ale w drugiej i trzeciej ma to być przedmiot „historii i społeczeństwa”, z możliwością wyboru różnych modułów. Czyli mniejsza koncentracja na bitwach i wojnach, wodzach i bohaterach, a podjęcie próby spojrzenia na struktury polityczne, relacje i podziały społeczne itp. itd. Mam nadzieję, że nowa koncepcja nauczania historii nieco zminimalizuje baśniowo-mityczne plemienne wizje, a skupi się raczej na opisie rzeczywistości z bardziej neutralnego i uogólnionego punktu widzenia.  Jeżeli uda się to przeprowadzić i upowszechnić, zarówno ministerstwo edukacji, jak i cały rząd zyska z mojej strony (a wierzę, że także ze strony wielu innych myślących osób) spore uznanie. Ze strony wyznawców plemiennego mistycyzmu słychać głosy niezadowolenia i protesty, jak choćby przygotowywany przez Solidarną Polskę projekt ustawy przywracającej baśniowo-romantyczne opowieści o historii. Bo "naród bez historii umiera", jak wygłosił rzecznik prasowy Solidarnej Polski, niejaki Patryk Jaki. A twórca i przywódca tego ugrupowania, Zbigniew Ziobro oświadczył: „Historia jest nauczycielką życia”. Jak rozumiem, oczywiście nie zwykła zneutralizowana i uobiektywniona wiedza, lecz wyłącznie stabuizowane plemienne wizje.

Oczywiście proponowane zmiany to dopiero pierwszy i ostrożny krok w kierunku normalizacji edukacji w dziedzinie kultury, literatury, historii i wiedzy społecznej. Niewątpliwie przekonstruowania wymaga także przedmiot określany jako „język polski”, który jest głównie i niemal wyłącznie skupiony na literaturoznawstwie. Kwestie językoznawcze stanowią jedynie mało istotny margines, w dodatku w niektórych elementach budzą poważne wątpliwości, jak choćby informacje o dialektach. W tej dziedzinie sugeruje się uczniom (nie wiem, czy nadal, ale tak uczono mnie w czasach licealnych), że podział na języki i dialekty (gwary) wynika z ich struktury, choć w językoznawstwie nie ma praktycznie żadnych norm czy definicji dotyczących dialektów. Status dialektu ma charakter wyłącznie polityczny – wystarczy spojrzeć na publikowane do lat 90-tych listy języków słowiańskich. Polskie listy nie zawierały języka kaszubskiego (gwara!), ukraińskie – języka łemkowskiego (gwara!), bułgarskie – języka macedońskiego (gwara!). Najbardziej trafna definicja relacji między językiem a dialektem to bez wątpienia sformułowanie Maxa Weinreicha: "język to dialekt z armią i flotą wojenną". Podobnie jest z nauczaniem literatury w ramach przedmiotu „język polski” – przez całe stulecia społeczność polskiego państwa była wieloetniczna, wielojęzykowa, wielokulturowa, wieloreligijna itd. W nauczaniu tego przedmiotu nie ma nawet cienia informacji na ten temat, choć omawianie literatury obejmuje całą historię dzieł literackich tworzonych w polskim państwie. Oczekuję więc, że także w tej dziedzinie podjęte zostaną zmiany przesuwające schematy edukacyjne z plemiennej mityczności w kierunku poznawania kulturowej rzeczywistości.

17:44, de_percheville
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 kwietnia 2012
Rocznica urodzin wspaniałego polskiego artysty i patrioty

4 kwietnia przypada 135 rocznica urodzin bardzo interesującego Krakowianina – Mordechaja Gebirtiga. Urodził się w roku 1877 (jego właściwe nazwisko Mordechaj Bertig), całe swoje życie spędził w Krakowie pracując jako stolarz. Miał jednak wielki talent poetycki i muzyczny, występował jako aktor w teatrze amatorskim, w kabaretach, pisał wiersze i teksty piosenek, a także komponował do nich muzykę. Ponieważ nie miał odpowiedniego wykształcenia, nie potrafił zapisywać swoich kompozycji, ale jego twórcza aktywność i pomysłowość sprawiała, że pomagali mu muzykolodzy zapisując nutami jego pieśni. Poezja Mordechaja została opublikowana po raz pierwszy w 1920 roku – Folkstimlech („Na ludową nutę”), a zbiór pieśni w roku 1936 – Majne lider („Moje pieśni”).

70 lat temu, 4 czerwca 1942 roku, został zastrzelony na ulicy krakowskiego getta podczas wywożenia Żydów do obozów zagłady zaprojektowanych, wybudowanych i zarządzanych przez słoweńskiego faszystę z Austrii, Odilo Globocnika. Pierwszym z globocnikowych obozów mordu był Bełżec, tam zostały wywiezione i zamordowane żona i córki Mordechaja.

Mordechaj był bardzo mocno i patriotycznie związany z polską ojczyzną i swoim ojczystym miastem, Krakowem.  Kiedy nazistowscy okupanci zaczęli wyrzucać Żydów do gett Mordechaj napisał wiersz na pożegnanie z swoim Krakowem:

Żegnaj mi, Krakowie!

Żegnaj mi, Krakowie!
Już rozstania czas.
Żegnaj mi, miasto,
z którym tak się
serce zżyło...
[…]

Żegnaj mi, Krakowie!
Święta ziemio ma!
W tobie ojciec i matka spoczęli na wieki.
Abym obok nich spocząć
mógł kiedyś i ja
nie było pisane, mój grób jest daleki...

Żegnaj mi, Krakowie!
Żegnaj mi, bądź zdrów!
[…]

Bardzo boleśnie odbierał również zachowania niektórych Polaków, którzy ulegając katolicko-antysemickiej i plemienno-kolektywistycznej mistyce, mimo że zniewoleni i upodleni, w odniesieniu do Żydów przylepiali się do nazistowskich okupantów:

To boli

[…]
To boli
to tak strasznie boli,
gdy nie obcy – wróg –
lecz ten, co w niewoli
tak samo, jak my,
młody polski chłopiec i polska dziewczyna
z męki naszej drwi…
… że wśród bród żydowskich
podeptanych w pyle
piękny Orzeł Polski, dumny Orzeł Biały
leży tu w bezsile.

Gdy się z tego śmieją,
kiedy hańbi Żydów
pospólny wróg nasz –
to tak, jakby sami dla wiecznego wstydu
pluli sobie w twarz,
choć – jak my – w niewoli.

I to właśnie boli,
to tak strasznie boli...

Cytowane wiersze Mordechaja (napisane w języku jidysz) przełożył na język polski Jerzy Ficowski (1924-2006), rodowity Warszawiak, wybitna postać polskiej kultury – poeta, pisarz, publicysta, znakomity tłumacz (z wielu języków: francuskiego, hiszpańskiego, jidysz, niemieckiego, romskiego, rumuńskiego, rosyjskiego, włoskiego), świetny znawca kultury romskiej i żydowskiej. W czasie wojny żołnierz AK i uczestnik powstania warszawskiego, opozycyjny działacz antykomunistyczny, członek KOR, jeden z moich idoli.

Gdyby to pan Ficowski kształtował strukturę edukacji kulturowej, z pewnością wyglądała by ona inaczej niż w ciągu ostatnich stu lat. Niestety konstruktorzy programów edukacyjnych dotyczących polskiej kultury, literatury, dzieł artystycznych czy historii wciąż w pewnym stopniu pomijają, ignorują rzeczywistość i fakty, ulegając mistycznym wizjom plemiennego kolektywizmu. Nie powiem, że to strasznie boli, ale jest szkodliwe i przykre, i niewątpliwie wymaga poprawy.

Pieśni Mordechaja zostały odkryte po wojnie niemal na całym świecie. Zachwyciły licznych muzyków i pieśniarzy, głównie niemieckich i polskich, jak choćby Peter Rohland, Bettina Wegner, Manfred Lemm, Gołda Tencer, Przemysław Gintrowski, Irena Urbańska, André Ochodlo, Bente Kahan i wielu innych. Jedną z najpiękniejszych, uroczych tekstowo i muzycznie jest ’s brent, briderlech, ’s brent („Pali się, bracia, pali się”). Niektóre muzyczne wersje ulegają stylizacji holokaustowej. A jest to (napisana w latach trzydziestych) balladowa opowieść o pożarze w żydowskim miasteczku, sztetlu, z krytycznym spojrzeniem na społeczną obojętność i apelem o współdziałanie i wspieranie się nawzajem w trudnych sytuacjach. Refren:

Un ir szteit un kukt azoi zich
mit ferlegte hend.
Un ir szteit un kukt azoi zich!
Unzer sztetl brent!

(A wy stoicie i przyglądacie się
z założonymi rękami.
A wy stoicie i przyglądacie się!
Nasze miasteczko płonie!)

Miłe i nieulegające holokaustowym aluzjom jest wykonanie tej pięknej ballady Mordechaja Gebirtiga przez angielski zespół Oi Va Voi. Bardzo polecam.

14:09, de_percheville
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 marca 2012
Nowy kształt stadionu Makkabi

Najstarsze kluby piłkarskie w Europie powstawały w drugiej połowie XX wieku. Na terenie Polski jednak nieco później, głównie z tego powodu, że Polska społeczność zachowywała się wobec rządzących nią imperiów tak jak w starożytności nieposłuszna społeczność żydowska wobec świętego imperium rzymskiego. Liczne bunty i powstania niepodległościowe wywoływały w zaborczych władzach obawy, że treningi sportowe będą w gruncie rzeczy szkoleniem bojowników. Pierwsze ryzyko podjęli zaborcy austriaccy zezwalając na założenie na terenie Galicji polskich klubów piłkarskich: Czarni Lwów (1903), Lechia Lwów (1903), Pogoń Lwów (1904), Cracovia (1906), Wisła Kraków (1906), Wisłoka Dębica (1908) i wielu innych. Władze rosyjskie były znacznie bardziej nieufne i dopiero po obserwacji polskich klubów z Galicji zezwoliły kilka lat później na otwarcie pierwszych polskich klubów piłkarskich na terenie zaboru rosyjskiego: ŁKS Łódź (1908), Concordia Piotrków Trybunalski (1909), Korona Warszawa (1909), Polonia Warszawa (1911) i innych.

W tym czasie powstało też szereg ważnych klubów piłkarskich tworzonych w polskiej społeczności żydowskiej: Hasmonea Lwów (1908), Makkabi Kraków (1909), Jutrzenka Kraków (1910) czy Makkabi Warszawa (1915). Warto też spojrzeć na historię polskiej reprezentacji piłkarskiej powołanej po raz pierwszy po odzyskaniu niepodległości państwa polskiego, w roku 1919. Nasza reprezentacja pierwsze ważne zwycięstwo odniosła jednak dopiero trzy lata później, 28 maja 1922 roku, podczas towarzyskiego meczu ze Szwecją w Sztokholmie. Na zdjęciu reprezentacja Polski z meczu w Sztokholmie (pierwszy od prawej trener Józef Lustgarten).

Warto też spojrzeć na jej kulturową strukturę: pierwszego gola w historii polskiej reprezentacji zdobył Józef Klotz, wówczas obrońca z żydowskiego klubu Jutrzenka Kraków, później aż do końca swojej kariery sportowej grający w Makkabi Warszawa. Zwycięstwo reprezentacja odniosła głównie dzięki przygotowaniu drużyny przez nowego trenera Józefa Lustgartena, bardzo ważnej postaci w historii polskiego futbolu. Józef Lustgarten, Krakowianin żydowskiego pochodzenia, z wykształcenia doktor prawa, był jednym z założycieli klubu Cracovia, to on zaproponował nazwę tego klubu, przez wiele lat działał jako jego bramkarz, później jako ważny piłkarski trener i bardzo ceniony międzynarodowy sędzia piłkarski. Polski patriota wyznania mojżeszowego, żołnierz Legionów Polskich, w 1939 roku został aresztowany we Lwowie przez NKWD i przez 17 lat więziony był w syberyjskich łagrach, wrócił do swojego ojczystego Krakowa dopiero w roku 1956.

To spojrzenie na historię polskiego futbolu jest dla mnie mocnym, wyraźnym dowodem, że wspólnota żydowska była przez całe tysiąclecie naszego państwa integralną częścią polskiego Narodu. Wyraziście osłabia więc sens postjakobińskiego plemienno-kolektywistycznego mistycyzmu. Dodatkowo wystarczy spojrzeć na nowy polski Stadion Narodowy. Przed wojną znajdował się tam stadion klubu Makkabi Warszawa, gdzie przez kilka lat grał obrońca Józef Klotz. Podczas wojny piłkarze Makkabi (wśród nich także Klotz) zostali wymordowani przez faszystów, a ich stadion został całkowicie zburzony i zgruzowany. Dopiero dziesięć lat po zakończeniu wojny (w roku 1955) odbudowano Stadion Dziesięciolecia. Nasz warszawski Stadion Narodowy jest więc po prostu nową formą dawnego żydowskiego stadionu Makkabi…

poniedziałek, 26 marca 2012
Kościelne państwo w państwie

W Gazecie Wyborczej pojawiło się dość interesujące spojrzenie Magdaleny Środy na temat finansowania Kościoła („‘Szare’ finanse Kościoła”). Pokazuje ono „szarą strefę” kościelnego biznesu i brak jakiejkolwiek urzędowej kontroli kościelnych finansów. Tymczasem wszelkie instytucje i organizacje społeczne, które pobierają od obywateli jakiekolwiek dotacje czy finansowe wsparcia, zobowiązane są, aby uzyskane środki wykorzystane były na zgłoszone wcześniej cele, co powinno być wykazane na podstawie sprawozdań i raportów. Zasady te nie odnoszą się w najmniejszym stopniu do finansów kościelnych. Powstaje więc pytanie, jaki jest społeczny status Kościoła rzymsko-katolickiego. Na podstawie przepisów Konstytucji RP, zapewniających wszystkim obywatelom prawo wolności wyznania, Kościół powinien mieć status organizacji społecznej, jednak sposób traktowania tej instytucji przez urzędy zdecydowanie od tego odbiega.

Warto zwrócić także uwagę, że religia, wiara i normy moralne, co zwykle łączone jest z przywiązaniem do katolicyzmu, to kwestie całkowicie odrębne od struktury organizacyjnej Kościoła. Aby uświadomić sobie ideę statusu Kościoła rzymsko-katolickiego w strukturze państwa warto spojrzeć na wywiad, jakiego udzielił Naszemu Dziennikowi kardynał Stanisław Nagy.

Jedną z podstawowych zasad w relacjach państwo-Kościół powinna być zasada autonomii. Kościół i państwo to byty autonomiczne, a więc funkcjonujące według własnych ontologii.

Przekonanie, że polski Kościół to wspólnota wyznaniowa polskich obywateli, jest więc fałszywym wyobrażeniem i nie ma żadnego związku z rzeczywistością. Kościół jest państwem odrębnym, wprawdzie nie terytorialnie, ale pod każdym pozostałym względem. Ale przecież nie jest w pełni wolny i samodzielny – jego władze i źródła norm konstytucyjno-prawnych mieszczą się w Watykanie, który ma międzynarodowy status niezależnego państwa. A zatem wszystkie Kościoły rzymsko-katolickie pełnią funkcję lokalnych prowincji Państwa Watykańskiego. Nie mogą więc podlegać zewnętrznym konstytucjom i systemom prawnym. Tak jest również z Kościołem w Polsce. Nie może on podlegać polskiej konstytucji, ani obowiązującym przepisom polskiego prawa. Próby narzucania Kościołowi obowiązujących w Konstytucji RP norm demokratycznego państwa prawnego są w istocie czymś w rodzaju międzypaństwowej agresji, pewną formą ataku jednego państwa na drugie.

Jeżeli Kościołowi próbuje się tę autonomię odbierać, coś mu narzucać, ograniczać jego funkcjonowanie, to musi powiedzieć „non possumus”.

mówi kardynał Nagy. Państwo watykańskie będzie bronić swojej konstytucji, swoich norm prawnych oraz niezależności i autonomii swoich lokalnych prowincji. Niezależność i autonomia państwa kościelnego dotyczy, co oczywiste, nie tylko struktury organizacyjnej i prawnej, ale również posiadanych własności, finansów i działalności ekonomicznej. Dlatego określenie „szara strefa”, jakiego użyła pani Środa (a także ja w jednym z wcześniejszych zapisów na moim blogu), nie jest zbyt trafne. Państwowa niezależność i autonomia Kościoła sprawia, że jest to po prostu odrębna sfera gospodarki. Rolę „szarej strefy” mogłaby pełnić tylko wówczas, gdyby Kościół nie był niezależnym, autonomicznym państwem w państwie.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9