Uwagi na marginesie życia publicznego
RSS
sobota, 29 października 2011
Odwieczne Holokausty

Dość powszechne wyobrażenie, że Holokaust był najstraszliwszą ludobójczą zbrodnią w historii świata, chyba nie jest uzasadnione. Wielomilionowa liczba ofiar II wojny światowej też nie jest żadną nadzwyczajną sensacją. Jestem przekonany, że jeżeli spojrzelibyśmy na tego typu wydarzenia w sposób statystyczny, widać byłoby wyraźnie ich tradycyjną typowość: porównując zjawiska II wojny światowej z podobnymi wydarzeniami historycznymi należałoby liczbę ofiar odnieść proporcjonalnie do skali ludności uczestniczących w wojnie, dodając jako czynnik modyfikujący poziom stosowanych technik zbrojeniowych. Być może inne wojny i podboje miałyby nawet wyższe wskaźniki: jak choćby wojna trzydziestoletnia w latach 1618-1648 czy hiszpańska konkwista, szczególnie wobec Inków i Azteków, lub etniczne oczyszczenie Argentyny (na początku XX wieku Argentyńczycy z dumą podkreślali, że są jedyną w pełni białą społecznością w całej Ameryce).

Spoglądając na historię widzę dwa główne źródła europejskich działań holokaustowych („europejskich”, a nie „niemieckich”, ponieważ uczestniczyli w nich przecież także inni faszyści: austriaccy, francuscy, belgijscy czy chorwaccy):

  1. Najstarsza, najbardziej klasyczna, plemienna technika podbijania i „wchłaniania” innych społeczności. Po zwycięskim napadzie mordowano wszystkich pokonanych mężczyzn (z wyjątkiem dzieci mniej więcej do 10-12 roku życia), porywano dzieci oraz zabierano i starannie gwałcono kobiety. Do tej klasycznej, plemiennej techniki nawiązywało popularne w latach 30-tych polskie faszystowskie hasło: „Precz z Żydami, Żydóweczki z nami!” Praktyczną realizację tej techniki „wchłaniania” podbitych plemion mogliśmy poobserwować sobie w latach 90-tych w Serbii: np. Srebrenica („Precz z Bośniakami…”) i masowe gwałcenie kobiet („…a Bośniaczki z nami!”). Nieco podobną technikę zastosował także Józef Stalin po zajęciu polskich terenów wschodnich w stosunku do polskich oficerów i osadników wojskowych: wymordowanie mężczyzn zagrażających podejmowaniem ruchu oporu oraz wywiezienie na Syberię spokrewnionych z nimi kobiet i dzieci.
  2. Drugie źródło to starannie wypracowane rzymskie metody podboju grup etnicznych, kontroli i nadzoru zajętych terenów oraz brutalne tępienie nieposłuszeństwa zniewolonych społeczności. Skuteczność  rzymskich metod była rzeczywiście ogromna. Wystarczy spojrzeć na europejskie grupy etniczne „wchłonięte” do rzymskiego imperium: niemal wszystkie uległy językowo-kulturowej romanizacji (nawet dzielnie walczący z Rzymianami o swoją niezależność Helwetowie i Retowie), kulturową tożsamość zachowały tylko dwie stosunkowo niewielkie, „kresowe” społeczności – Baskowie na zachodzie i Albańczycy na wschodzie. Ważnym elementem rzymiańskich metod było staranne mordowanie nieposłusznych buntowników (także kobiet i dzieci) oraz gruntowne niszczenie, palenie i zaorywanie ich miast i wsi. Szczególnie krwawe było tłumienie żydowskich powstań niepodległościowych (podczas 7-letniego powstania w latach 66-73 n.e. zginęło ponad milion osób). Przyczyna narzucania romanizacji kulturowej jest prosta i oczywista – przywiązanie do własnej społecznościowej kultury i tradycji może łatwo stać się źródłem dążenia do pełnej niezależności. Rzymskie źródła Holokaustu wynikają przede wszystkim z idei Adolfa Hitlera odtworzenia na wzór średniowieczny i nowoczesnego rozbudowania chrześcijańs-kiego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Stąd wprowadzanie różnych zachowań, jak „salut rzymski” („Ave Caesar”, a po nowemu „Heil Hitler”), palenie ksiąg czy uroczyste pochody wzorowane na rzymskich „triumphusach” i „ovatiach”, no i oczywiście imperialne podboje. Rzymiańskie niszczenie odrębnych kultur stosowano także w Polsce w latach 30-tych: getta ławkowe, zakaz zatrudniania na terenie Kaszub nauczycieli o kaszubskich korzeniach itp.

Taka jest tradycja, a jedynym prawdziwym społecznym nowatorstwem jest „antyrzymski” model demokratycznego państwa prawnego, z unikaniem działań wojennych, usunięciem kary śmierci, a także ochroną wolności kulturowych i przestrzeganiem indywidualnych praw człowieka.

niedziela, 23 października 2011
Nilowa Pustyń

W zachodniej części Rosji, ok. 370 km na północny zachód od Moskwy, znajduje się duże (o powierzchni 227 km2), piękne krajobrazowo jezioro o nazwie Seliger.

Na tym jeziorze znajduje się kilka wysp i wysepek, z których najbardziej znana i popularna jest wyspa Stołobnyj. Przez wiele stuleci wyspa ta była całkowicie bezludna. W 1528 roku przybył tam prawosławny mnich, Nil Stołobienskij, i zamieszkał w pieczarze, żyjąc pustelniczo w całkowitej samotności, żywiąc się wyłącznie roślinami. Modlił się i umartwiał, unikając snu. Zmarł po 26 latach w roku 1554. Dla uczczenia jego pamięci w roku 1594 rozpoczęto na tej wyspie budowę męskiego monastyru o nazwie „Nilowa Pustyń” (nazwa oczywiście nie odnosi się do egipskiej pustyni w pobliżu Nilu, lecz do pustelniczego życia mnicha Nila), którą zakończono w roku 1622. Kilkadziesiąt lat później, w roku 1667, Nil Stołobienskij został kanonizowany jako prawosławny święty.

Pod koniec XIX wieku pewien rosyjski chemik, Siergiej Michajłowicz Prokudin-Gorskij, wypracował jedną z pierwszych technik tworzenia barwnych fotografii. W latach 1909-1915 wykonał ogromną serią kolorowych fotografii (na szklanych płytkach) dla zobrazowania rosyjskiej historii i kultury. Jedno ze zdjęć, wykonane w 1910 roku, przedstawia właśnie ów monastyr, „Nilową Pustyń”:

Po rewolucji październikowej władze komunistyczne dokonały konfiskaty majątku kościoła prawosławnego i przejęły również monastyr „Nilowa Pustyń”, a mnisi zostali wypędzeni. Na terenie dawnego monastyru utworzono najpierw kolonię karną, a później więzienie dla młodocianych przestępców (w latach 1927-1939). Ponieważ budowle te nie były w tym czasie ani odnawiane, ani remontowane, stopniowo ulegały zrujnowaniu. Po upadku komunizmu monastyr wrócił do kościoła prawosławnego, a po roku dwutysięcznym został starannie odremontowany. W tym miesiącu (październiku 2011) ogłoszono, że na terenie monastyru zostanie utworzone muzeum jego historii.

Po co o tym piszę? Otóż, 72 lata temu, w październiku 1939 roku, do domu mieszkającego na terenie dzisiejszej Białorusi (niedaleko Nowogródka) polskiego oficera, porucznika rezerwy, wcześniej żołnierza Legionów Piłsudskiego i bohatera wojny polsko-bolszewickiej, wkroczyli funkcjonariusze NKWD. Oficer był tzw. osadnikiem wojskowym, po przybyciu żył tam samotnie przez kilka lat. Ale pewnego dnia, latem, została mu przedstawiona śliczna, urocza, inteligentna, rudowłosa 15-latka, która przyjechała tam na wakacje. Dziewczyna ta bardzo go urzekła, a i on, przystojny i szanowany oficer, niezmiernie ją zachwycił, więc przedstawiając się powiedziała mu, że ma lat 18. Wkrótce potem sprawa wyszła na jaw, ale miejscowe władze wyraziły zgodę na zawarcie małżeństwa, bo dziewczynka była już w ciąży. Funkcjonariusze NKWD aresztowali go (oraz wszystkich pozostałych osadników wojskowych z tej miejscowości) i przetransportowali właśnie do tego zrujnowanego monastyru (a żonę z trójką dzieci, jak również wszystkie pozostałe rodziny osadników, wywieźli na Syberię, na południowe Przybajkale, gdzie panował straszny głód, więc sporo z nich wymarło, także najmłodszy, kilkuletni synek oficera). Monastyr wykorzystano jako obóz więzienny dla polskich żołnierzy (obecnie zwykle nazywany jest obozem w Ostaszkowie, mieście leżącym nad brzegiem jeziora Sieliger, geograficznie oddalonym o około 11 kilometrów od wyspy Stołobnyj). Wspomniany oficer był tam więziony, w fatalnych warunkach, przez około pół roku. W maju 1940 roku przemaszerował, wraz z innymi więźniami, w otoczeniu NKWD-owskich funkcjonariuszy, 25 kilometrów (bo taką długość ma droga łącząca monastyr z miastem) do stacji kolejowej w Ostaszkowie (łącznie więźniowie obozu byli przetransportowywani grupami przez ok. półtora miesiąca, od 5 kwietnia do 19 maja). Następnie przewieziono go koleją do Kalinina (obecnie Tweru, około 170 kilometrów na wschód od Ostaszkowa), gdzie w piwnicy Obwodowego Zarządu NKWD, przy ul. Sowieckiej 6, został zamordowany strzałem w tył głowy. Jego ciało (wraz z ciałami innych wymordowanych więźniów) wywieziono ciężarówką i zakopano w lesie w pobliżu wsi Miednoje (ok. 30 km na północny zachód od Tweru).

Ów oficer i rudowłosa dziewczynka to moi przodkowie.

sobota, 22 października 2011
Ruch Palikota, czyli osłabienie politycznej dwupartyjności

Od pewnego czasu nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że próba stworzenia tzw. „IV RP” przeniosła walkę polityczną z poziomu rywalizacji programowej na poziom sporu o fundamenty państwa. Była to moim zdaniem główna przyczyna powstania swoistej dwupartyjności: zamiast rozważania różnych koncepcji programowych – socjaldemokratycznych, chrześcijańsko-demokra-tycznych, liberalno-demokratycznych, czy konserwatywno-demokratycznych – trwała walka o fundamentalny model państwa. Zwolennicy demokratycznego państwa prawnego i gospodarki wolnorynkowej (lewicowi, prawicowi i centrowi) zmuszeni zostali do zgrupowania się wokół PO, natomiast PiS stworzyło obóz (lewicowy, prawicowy i centrowy) walczący o przekształcenie Polski w narodowe państwo socjalne z gospodarką regulowaną biurokratycznie. Poza nimi przetrwać udało się tylko ugrupowaniom pełniącym rolę stowarzyszeń branżowych: SLD jako stowarzyszenie obrony byłych aparatczyków i postkomunistycznych kolesiów, a PSL jako stowarzyszenie obrony drobnego chłopstwa.

Myślę, że takie spojrzenie znacznie lepiej objaśnia trwające ładnych parę lat zjawisko „upancernienia” tych dwóch obozów niż np. rozważania niektórych publicystów, którzy szukali przyczyn w zasadach finansowania partii politycznych. Spór ten toczył się bowiem na najbardziej fundamentalnym poziomie, jaki można sobie wyobrazić: wartości czy pragmatyka, mity czy racjonalność, prawo Boże czy prawa człowieka, „czucie i wiara” czy „mędrca szkiełko i oko”, genetyczny naród czy wspólnota obywatelska, i wreszcie rola prezydenta: najwyższy urzędnik czy Wódz Narodu?

Stowarzyszenia branżowe, póki co, nie wykazują skłonności do zmiany swojego statusu (szczególnie SLD), a PO i PiS w tych wyborach nadal były przekonane o trwałym układzie dwupartyjności. Dlatego sformułowane przez Janusza Palikota hasła programowe, dotyczące przemian politycznych, w znacznym stopniu przywróciły kampanii wyborczej poziom rywalizacji programowej, a także pozwoliły całkiem nowemu ugrupowaniu wejść do sejmu i to zaskakująco licznie. Także zgłaszanie kolejnych wniosków w parlamencie wymuszać będzie na pozostałych ugrupowaniach parlamentarnych (a zwłaszcza na PiS-ie) porzucenie sporu o fundamenty państwa i powrót do demokratycznych standardów, czyli akceptację dla obowiązującej konstytucji i  formułowanie projektów programowych zgodnych z jej regułami.

00:45, de_percheville
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 października 2011
Niezmierzona potęga baśni

Nawet nie wyobrażamy sobie, jak bardzo nasz obraz świata opiera się na mitach, baśniach i legendach. Oczywiście stopień „ubaśniowienia” rzeczywistości jest różny u poszczególnych osób w zależności od ich gotowości i chęci do podjęcia bardziej analitycznych przemyśleń.

Jak już wspomniałem w tekście Religia w życiu publicznym jednym z takich mityczno-baśniowych wyobrażeń jest przekonanie, że „Hitler i NSDAP doszli do władzy w styczniu 1933 r. w wyniku absolutnie demokratycznych wyborów parlamentarnych”. Podobne zdanie wygłosiła dziś pod pałacem prezydenckim Ewa Stankiewicz: „Większość nie zawsze ma rację. Hitler też został wybrany w demokratycznych wyborach”1. Zastanawiam się, jaki jest cel co i rusz powtarzania tej fałszywej opowieści, i dochodzę do wniosku, że wynika to z krytycznego stosunku do pełnej demokracji. To trochę jak tęsknota za demokracją ograniczoną lub za Frontem Jedności Narodu, który selekcjonował i przesiewał przez sito kandydatów do sejmu, dzięki czemu wybór był zawsze w pełni właściwy i poprawny. Przypomina to też wypowiedź Adolfa Hitlera z 1932 roku rozżalonego po przegranych wyborach prezydenckich (w drugiej turze Adolf otrzymał 36,7% głosów, zwycięzca Paul von Hindenburg – 53,1%, a trzeci uczestnik, komunista Ernst Thälmann – 10,2%; były to pierwsze wybory, w których Hitler brał udział, ponieważ dopiero w roku 1932 uzyskał niemieckie obywatelstwo): „Żydowska demokracja większościowa zawsze była jedynie sposobem na zniweczenie rzeczywistego narodowego przywództwa”2.

Podobna krytyczna opinia dotycząca wad i słabości demokracji wiąże się z cytowaniem zdania, które podobno wygłosił kiedyś Jan Paweł II:  "demokracja bez wartości łatwo przemienia się w totalitaryzm” (nie wiem, czy rzeczywiście jest to myśl Jana Pawła II – znam ją wyłącznie z cytatu, bo nie udało mi się ustalić źródła3). Niestety trudno się z tym zdaniem zgodzić. Aby demokracja „przemieniła się” w totalitaryzm trzeba ją najpierw obalić, tego zaś nie da się zrobić „łatwo”. Przede wszystkim niezbędne jest złamanie prawa i przemoc: wojna domowa, pucz, przewrót, zamach stanu, a także uwięzienie i/lub wymordowanie obrońców demokracji, którzy przecież nie znikają ot tak, sami z siebie. Powstaje też pytanie: Co jest WARTOŚCIĄ? Jeżeli za WARTOŚĆ uznamy nie demokrację, wolności obywatelskie i prawa człowieka, lecz na przykład wiarę, też może prowadzić to do totalitaryzmu i przemocy, a nawet zbrodni – wystarczy przypomnieć sobie tortury inkwizycyjne, topienie czarownic, palenie na stosach, a bardziej współcześnie, obcinanie głów saifem czy kamienowanie (np. irański kodeks karny określa nawet wielkość kamieni, jakich należy używać podczas kamienowania: nie mogą być zbyt duże, bo ofiara umrze zbyt szybko, ani zbyt małe, bo mogłaby nie umrzeć wcale). A działo się to (i dzieje się) przecież w obronie wiary jako WARTOŚCI NADRZĘDNEJ. Krótko mówiąc, zagrożeniem dla demokracji jest nie BRAK, ale RODZAJ wartości. Jedyne wartości, które są fundamentem demokracji i naprawdę ją chronią, to zasady demokratycznego państwa prawnego i uznanie wspólnoty obywatelskiej za jego suwerena.


http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/12,114927,10497202,_Solidarni_2010___Hitler_tak_jak_Tusk_zostal_wybrany.html
2 Boepple, E. (red.), Adolf Hitlers Reden. München: Deutsches Volksverlag Dr. E. Boepple, 1933, s. 126.
3 Cytat za: Ks. J. Krukowski, Krytycznie o nowej Konstytucji RP. Zastrzeżenia do preambuły. Niedziela, nr 14, 6.04.1997 (http://www.niedziela.pl/zaw/archiwalne_strony_www/n14/n14_zas.htm).

poniedziałek, 17 października 2011
Religia w życiu publicznym

W wypowiedzi arcybiskupa J. Michalika, a także w komunikacie z Zebrania Plenarnego Konferencji Episkopatu Polski pojawia się postulat zachowania religii w życiu publicznym. Szczerze mówiąc, nie widzę w tej kwestii żadnego problemu. Pozostaje jednak pytanie, jaka ma być rola i pozycja norm religijnych w życiu publicznym. Z punktu widzenia zasad demokratycznego państwa prawnego i Konstytucji RP podstawowym warunkiem obecności religii w życiu publicznym i relacjach społecznych jest jej indywidualizacja. Wiara, religijne dogmaty i normy moralne powinny mieć wyłącznie charakter jednostkowy (indywidualny), a nie społeczno-prawny, ponieważ ustawianie ich ponad konstytucją i prawem stanowionym to próba tworzenia czegoś w rodzaju „katolickiego szariatu”. Warto wymienić kilka dość istotnych argumentów uzasadniających taki sposób myślenia:

  1. Wystarczy spojrzeć na jeden z najbardziej podstawowych zestawów normatywnych, czyli 10 Przykazań (Dekalog). Otóż Dekalog jest sprzeczny z konstytucją już w pierwszym punkcie. Przykazanie Nie będziesz miał cudzych bogów obok Mnie (lub w tłumaczeniu ks. Jakuba Wójka: Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną) jest niezgodne z konstytucyjnym prawem wolności wyznania. Tak na marginesie można by zacytować jeszcze wypowiedź senatora Z. Romaszewskiego, który w rozmowie z dziennikarzem TOK FM stwierdził, że „Biblia jest ważniejsza od konstytucji”. Ciekawe, jak pan senator rozumie tę ważność, bo w Biblii sprzeczności z normami konstytucyjnymi mamy naprawdę niemało – jak choćby przepisy praw niewolnictwa (Ks. Wyjścia, 21, 1-11). Można powiedzieć: w naszej religii Biblia nie obowiązuje w całości, a jedynie jej wyselekcjonowane fragmenty. Hmm, no, jest to chyba pewien problem, bo o ile się nie mylę, Biblia ma status Pisma Świętego jednak jako całość.
  2. Druga kwestia to rozróżnienie wiary i wiedzy. Tu różnica jest prosta i oczywista: wiedza wymaga uzasadnień i empirycznych potwierdzeń, nawet pewne koncepcje hipotetyczne wymagają co najmniej efektów znaczącego prawdopodobieństwa. Wiara nie wymaga żadnych uzasadnień, ani empirycznych potwierdzeń czy sprawdzalności – jak powiedział Jezus: "Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli". Wydaje się, że w życiu publicznym wiedza może podlegać pewnym regulacjom i ograniczeniom na podstawie empirycznych doświadczeń, zaś wiara natomiast powinna być całkowicie dowolna: „wierzę w istnienie Boga” lub „wierzę w nieistnienie Boga”, „wierzę, że homoseksualizm to skutek zdeformowania duszy przez Szatana” lub „wierzę, że homoseksualizm to pewne zjawisko osobowościowe” itp. itd.
  3. Trzecia kwestia to otwartość dyskursu publicznego jako jedna z podstawowych zasad demokratycznego państwa prawnego. Czyli inaczej mówiąc niezgoda na narzucanie innym ludziom przekonań czy przeświadczeń, wygłaszanie zafałszowanych faktów (szczególnie historycznych) dla konstruowania powszechnie obowiązujących mitycznych wyobrażeń. Charakterystycznym przykładem tego typu działań była propagowana w czasie „IV RP” tzw. „polityka historyczna”, czyli skrywanie i tłumienie niewygodnych faktów historycznych, jak choćby wymordowanie kilkuset obrońców demokracji na rozkaz Marszałka Piłsudskiego podczas zamachu stanu w maju 1926, przejęcie władzy w Niemczech przez Adolfa Hitlera w drodze puczu gabinetowego, a nie w sposób w pełni demokratyczny (jak napisał np. J. Szaniawski w artykule „Niemcy, hitlerowcy, naziści”1),  czy antyreligijność faszyzmu (takie zdanie wygłosił w programie „Tomasz Lis na żywo”2 T. Terlikowski i, ku mojemu zdumieniu, nikt z jego rozmówców na to nie zareagował, choć przecież zarówno Mussolini, Franco, Salazar, Dolfuß, Tiso, Pavelić, jak i Wódz Adolf oraz jego najbliżsi współpracownicy to byli gorliwi katolicy – po przejęciu pełni władzy jedną z pierwszych decyzji Wodza Adolfa było podpisanie konkordatu z Watykanem, no i starał się on wszelkimi siłami oczyścić Europę z bogobójczej i demonicznej społeczności żydowskiej).
  4. Czwarta kwestia to „szariatyzacja” prawa. Tu widać pewien wyraźny postęp: postępowania sądowe w sprawie „krzyża z genitaliami” trwały 8 lat zanim zostały umorzone, a sprawca „darcia Biblii” został uniewinniony już w pierwszym postępowaniu. Jednak w niektórych dziedzinach wciąż jeszcze trwa kult „katolickiego szariatu”. Takim przejawem jest niewątpliwie tzw. „klauzula sumienia” w ustawie o zawodzie lekarza – daje ona lekarzom prawo łamania praw pacjenta, bo zapis o obowiązku wskazania innych lekarzy, którzy wykonają to, co prawnie należy się pacjentowi, jest trudny, a niekiedy niemożliwy do realizacji. Klasyczny przykład naruszenia praw obywatelskich wskutek „szariatyzacji” obowiązków prawnych to sprawa p. A. Tysiąc. Wszystkie polskie sądy uległy w tej sprawie „szariatowi”, a jedynym, który odważył się podjąć decyzję zgodną z polskim prawem był Europejski Trybunał Praw Człowieka. Kolejne próby obrony „szariatu” są wciąż przed nami, jak choćby domaganie się przyznania „klauzuli sumienia” farmaceutom czy inicjatywa powołania prawniczego instytutu „walki z bluźniercami”. 

Mam nadzieję, że postawy przywiązania do dominacji wyobrażeń religijnych nad zwykłym praktycznym spojrzeniem na rzeczywistość i poszanowaniem praw człowieka, będą powoli słabły, choć niewątpliwie wymagać to będzie jeszcze trochę czasu. Niewątpliwie istotne znaczenie ma tu działalność edukacyjna i otwartość dyskursu publicznego, jak również przełamywanie tabuistycznych blokad dla „niezszariatyzowanych” wypowiedzi publicznych czy politycznych prób wprowadzania zmian prawnych.

1 Nasz Dziennik, 6.01.2010; http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=dd&dat=20100106&id=main
2 „Tomasz Lis na żywo”,13.09.2010; http://www.tvp.pl/publicystyka/polityka/tomasz-lis-na-zywo/wideo/katarzyna-piekarska-jacek-kurski-kazimierz-kutz-tomasz-terlikowski-oraz-malgorzata-szmajdzinska-13092010/2484683

12:54, de_percheville
Link Komentarze (2) »
piątek, 14 października 2011
Mistyka w dyskursie publicznym

Oto wraca walka w „obronie” krzyża – po bojach pod pałacem prezydenckim i uchwale Senatu RP w sprawie obecności krzyży w miejscach publicznych przyjętej 4 lutego 2010 roku (sprowokowanej wyrokiem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka). Ciekaw jestem, czy podobnie jak wówczas w Senacie i teraz uda się „obrońcom krzyża” przyjąć proponowaną przez polityków PiS uchwałę sejmową. We wspomnianej uchwale Senatu pojawiło się zdanie, które, przyznam się, było dla mnie dość zaskakujące:

[…] wszelkie próby zakazania umieszczania Krzyża w szkołach, szpitalach, urzędach i w przestrzeni publicznej w Polsce muszą być poczytane za godzące w naszą tradycję, pamięć i dumę narodową.

Szczerze mówiąc nasza „tradycja, pamięć i duma narodowa” kojarzy mi się nieco inaczej – wyrosłem w przekonaniu, że Polska to „kraj bez stosów”, gdzie w przeciwieństwie do innych części Europy prawie nie było wojen religijnych, a przez całe stulecia państwo polskie było wielonarodowe, wielokulturowe, wieloreligijne. Tzw. „Polak-katolik” to wymysł dość późny, pojawił się dopiero na przełomie XIX i XX wieku wzorowany na modnym wówczas „Francuzie-katoliku” (wzór ten ładnie ilustruje rysunek francuskiego karykaturzysty Achille’a Lemota zamieszczony w tygodniku Le Pèlerin z 12.10.1902 – „Francuz-katolik” walczy z Masonem, też Francuzem, ale szatańsko manipulowanym przez Żyda; źródło: http://fr.wikipedia.org/wiki/Achille_Lemot):



Powstaje więc zasadnicze pytanie, co ten krzyż tak naprawdę symbolizuje?

Krzyż jako znak religijnej przynależności. Jeżeli tak, to nasza konstytucja zapewnia wszystkim obywatelom równe prawa, także w kwestii wyznania, i zgodnie z nią żadne symbole religijne nie powinny być umieszczane w miejscach publicznych, by nie naruszać uczuć osób innych wyznań. Przy takim rozumieniu znaczenia krzyży skala emocji związana z ich „obroną” wydaje niezrozumiała.

Krzyż jako logo Kościoła. Przy takim rozumieniu umieszczanie krzyży w miejscach publicznych powinno być regulowane przepisami dotyczącymi działań promocyjnych czy reklamowych, bo byłaby to jedynie promocja pewnej instytucji. Tu także gwałtowne reakcje nie mają jakiegoś szczególnego uzasadnienia.

Należy jednak pamiętać, że krzyż ma też znaczenie mistyczne. Historycznie rzecz biorąc praźródłem symboliki krzyża jest wiara starożytnych Egipcjan. W ich religii krzyż symbolizował Boga-Słońce (obrazował cztery promienie słoneczne) i był również znakiem życia (bo, jak wiadomo, to od Boga-Słońca wszelkie życie pochodzi). Później, gdy Egipt znalazł się w kręgu kultury hellenistycznej doszło do swoistej dyfuzji kulturowej i religijnej tradycji staroegipskiej i helleńskiej (przykładem mogą być tu bóstwa takie jak Hermes Trismegistos, połączenie greckiego boga Hermesa i egipskiego boga Thota, lub Serapis łączący cechy Ozyrysa i Zeusa). Należy pamiętać także o tym, że Palestyna znalazła się w kręgu kultury hellenistycznej na długo przed powstaniem chrześcijaństwa (od 332 r. p.n.e.), oraz że chrześcijaństwo powstało właśnie jako wynik hellenizacji judaizmu. Nie miejsce tu, żeby omawiać to szczegółowo, wystarczy wspomnieć, że dla wyznawców judaizmu określenie „Syn Boży” oznaczało na ogół każdego wiernego wyznawcę prawa mojżeszowego. Dopiero w Ewangelii Jana (ok. 100 lat po śmierci Jezusa) pojawia się wizja genetycznej zależności między Bogiem a Jezusem. Takie rozumienie „Syna Bożego” w judaizmie było bluźnierstwem, ale w religii hellenistycznej bogowie co i rusz płodzili dzieci z ziemskimi kobietami i syn jakiegoś boga zrodzony przez śmiertelną kobietę nie był tam niczym dziwnym. Podobnie jest, jak sądzę, z symboliką krzyża – jest ona połączeniem śmierci na krzyżu i zmartwychwstania z krzyżem jako symbolem światła (słońca) i życia. „A światłość świeci w ciemności, a ciemność go nie ogarnęła”, pisze Jan Ewangelista o Jezusie. Krzyż jest zatem Mocą Światła i Życia, która odpędza siły Ciemności i Zła. I dlatego tak ważna jest jego obecność w miejscach publicznych jako czynnika przepędzającego Zło i Demony.

Mistyczne znaczenie krzyża wiąże się, w mojej ocenie, z licznymi próbami przekształcenia „polskiego katolicyzmu” w swoisty plemienny animizm: powiązanie religii z plemienną genetyką (kościelny nacjonalizm, Maryja Królową, a Jezus kandydatem na Króla Polski, próby „szariatyzacji” prawa i tabuizacji religii). Na przykład, zapis prawny o ochronie uczuć religijnych (w założeniu mający chronić uroczystości religijne i miejsca kultu) traktowany jest jako zakaz jakichkolwiek niedogmatycznych publicznych wypowiedzi czy pokazów odnoszących się do kwestii religijnych – wystarczy wspomnieć trwające osiem lat procesy sądowe w sprawie „krzyża z genitaliami”. Procesy te były jawnym naruszeniem konstytucyjnych praw wolności słowa i wyznania. Dlatego tak ważnym elementem polskiego plemiennego animizmu stał się Krzyż, traktowany nie jako zwykły symbol czy znak, lecz jako animistyczny fetysz – przedmiot będący wcieleniem bóstwa o szczególnej, magicznej mocy.

Z tego rozumowania wniosek jest prosty. Debata na temat umieszczania krzyży w miejscach publicznych i próby nawiązania porozumienia z ich „obrońcami” są mało sensowne, bo argumenty formułowane są na różnych poziomach: racjonalnym i mistycznym. Wyznawców mistycznych wizji racjonalne argumenty nie przekonają, odwrotnie też raczej nie. Dlatego przy rozwiązywaniu takich kwestii należałoby chyba po prostu odwoływać się do zasad Konstytucji RP i przepisów prawa – w naszym systemie wciąż jeszcze w pewnym stopniu „zszariatyzowanego”, choć głównie na poziomie interpretacji i tabuistycznego pomijania naruszeń norm prawnych. Wbrew wypowiedziom niektórych polityków i publicystów sprawa świętości krzyża w miejscach publicznych nie jest ani marginalna, ani nieistotna, ma ona bowiem wpływ na kształtowanie postaw społecznych. Dlatego ciekaw jestem jaki będzie wynik działań polityków Ruchu Palikota: czy Sejm (a może także Trybunał Konstutucyjny) pokłoni się przed magiczną mocą Światła i Życia, czy raczej odniesienie się do zapisanych w Konstytucji praw obywatelskich i wolności wyznania.

14:16, de_percheville
Link Komentarze (2) »