Uwagi na marginesie życia publicznego
RSS
wtorek, 20 grudnia 2011
Bożonarodzeniowe życzenia i piękna polska kolęda

 

Kaszëbsczé żëczbë na Gòdë


Niech Bétlejemskô Gwiôzda Nôdzeji
rozwidniu Gòdë
redotą, żecznotą ë ubëtká lëdzczich serców.

Z leżnoscë Gòdów ë Nowégò Rokù 2012
żëczã wszelczi pòmëszlnoscë, redoscë a negò,
co w żëcym nôpiãkniészé!

Niech Betlejemska Gwiazda Nadziei
rozjaśni Święta Bożego Narodzenia
radością i życzliwością ludzkich serc.

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku 2012
życzę wszelkiej pomyślności, radości i tego,
co w życiu najpiękniejsze!

Jón Ewangelësta de Percheville


Do serdecznych Bożonarodzeniowych życzeń dołączam piękną kolędę „Dzysô z Betlejem" (zamieszczona na wydanej przez Dziennik Bałtycki płycie „Najpiękniejsze kolędy”) w uroczym wykonaniu wspaniałych kaszubskich wokalistek – Weroniki Korthals i Natalii Szroeder:

środa, 14 grudnia 2011
Jeszcze kilka uwag o pojęciu „narodu”

Nie sądziłem, że wrócę do tego tematu, ale sprowokowało mnie wystąpienie jednego z funkcjonariuszy Wodza i Wieszcza Jarosława. Oświadczył on, że pan Bronisław Komorowski jest wprawdzie prezydentem wszystkich obywateli Polski, ale przedstawicielem jedynie części Polaków o nacjonalistycznych poglądach. Natomiast prezydent Lech Kaczyński reprezentował nie tylko wszystkich obywateli naszego państwa, ale także wszelkich polskich nacjonalistów. Szczerze mówiąc, trudno się z tym nie zgodzić – niewykluczone, że pan funkcjonariusz rzeczywiście ma rację. Tym niemniej chciałbym wrócić do pojęcia „narodu” w wizji jakobińskiego mistycyzmu w odniesieniu do Niemiec.

Kiedyś, ładnych parę lat temu, miałem przez pewien czas przyjemność studiować w Niemczech, na uniwersytecie w Saarbrücken. Zapisałem się wówczas na interesujące seminarium prowadzone przez młodego, dynamicznego doktora. Uczestniczenie w tym seminarium sprawiło mi jednak pewien kłopot, bo wykładowca posługiwał się nie niemieckim językiem urzędowym, ale dialektem palatyńskim. Tematyka była dość trudna, wymagająca skupienia i ów dialekt naprawdę mi to utrudniał. Na drugich czy trzecich zajęciach poprosiłem wykładowcę, żeby może wziął pod uwagę, że ma na sali obcokrajowca i żeby może zaczął używać języka Hochdeutsch. Na to pan doktor odpowiedział, że niestety nie może spełnić mojej prośby, bo Hochdeutsch kojarzy mu się z podbojem jego ojczyzny, wyzyskiem i przemocą, a jeśli mam kłopoty z rozumieniem języka palatyńskiego, to on chętnie mnie podszkoli.

Pod wpływem tego wydarzenia zacząłem rozumieć, dlaczego autor słynnej „Pieśni Niemców” („Lied der Deutschen”), która później stała się niemieckim hymnem, profesor literatury niemieckiej z Uniwersytetu Wrocławskiego, został tak brutalnie potraktowany przez władze pruskie. Stał się, pod wpływem rewolucji francuskiej i jakobińsko-romantycznego mistycyzmu, zwolennikiem stworzenia monolitycznego państwa niemieckiego i uznania, że wszyscy Niemcy są jednolitym narodem. Dlatego został zwolniony z uniwersytetu, pozbawiony tytułu profesora, wyrzucony z Prus z dożywotnim zakazem przekroczenia pruskiej granicy. Krążył potem po innych niemieckich krajach, nie mógł znaleźć żadnego zatrudnienia, co i rusz aresztowany i wypędzany z kolejnych landów, żył w nędzy, wspierany wyłącznie przez wyznawców jakobińskich wizji.

Żeby rozwiązać problem plemiennych odrębności (frankońskich, alemańskich, gockich itp.) w społecznościach państwa niemieckiego, niemieccy naziści po przejęciu władzy jako źródło plemiennej wspólnotowości przyjęli azjatyckie, indogermańskie praźródło: plemię aryjskie. Żeby wyodrębnić potomków aryjskich Indogermanów, którzy na początku pierwszego tysiąclecia przybyli z Azji i podbili Europę, od żydków czy innych nie-aryjskich ludków, starano się wypracować biologiczne podstawy identyfikowania plemiennych podstaw aryjskości.

Wydaje się, że i u nas powinniśmy wypracować pewne techniki identyfikowania prawdziwej plemiennej polskości, aby rozpoznać różnych wciskających się do polskiego narodu żydków. Może należałoby, jako definicyjną podstawę polskości, przyjąć podobieństwo do Wodza i Wieszcza?

Ojoj, ojoj!!! Panie funkcjonariuszu, pan wygląda zupełnie inaczej niż Wódz i Wieszcz!!!

Żydek???

wtorek, 13 grudnia 2011
Naprawa mediów publicznych jest konieczna

Wolność słowa pociąga za sobą pewne nieuchronne społeczne koszty. Według norm demokratycznego państwa prawnego żadne wulgarne bełkoty czy inne obrzydliwe manipulacje nie mogą być zabronione – jeżeli powodują naruszenie dóbr osobistych, należy postępować drogą sądową. Medialne wypluwanie faszystowskich rzygowin, co jest ulubioną działalnością Pospieszalskich Braunów, jest wprawdzie mocno śmierdzące i trudne do zniesienia, ale również nie może być zabronione „z góry”. Ta wolność słowa nie może być jednak wdeptana w media publiczne, które zgodnie z ich ideą powinny służyć tzw. misjom. Uważam, że media publiczne powinny być finansowane ze środków budżetowych i w pełni podporządkowane regułom misyjnym. Jeśli ma tam dominować głupawe schlebianie prymitywnym gustom i przepełnianie reklamami czasu programowego, należałoby media publiczne sprywatyzować, bo nie są one publiczne, tylko po prostu komercyjne. To samo dotyczy pospieszalsko-braunowych wymiotów, oczywiście mogą oni je sobie rozpluwać, ale wyłącznie na własny rachunek.

poniedziałek, 12 grudnia 2011
Kilka wspomnień z czasów stanu wojennego

Ogłoszenie stanu wojennego było zwykłym brutalnym stłumieniem dążeń do demontażu komunistycznego reżimu. Rozważanie, czy takie działania były nieuniknione, czy wynikały z nacisku Związku Sowieckiego, czy istniało rzeczywiste zagrożenie inwazji wojsk Układu Warszawskiego, jak w przypadku Praskiej Wiosny, pozostawiam badaczom historycznym. Jutro o godz. 17.00 w Auditorium Maximum Uniwersytetu Warszawskiego odbędzie się wykład prof. Andrzeja Friszke pt. „13 grudnia 1981 roku – czy była alternatywa?”, być może, jeśli uda mi się znaleźć dość czasu, pójdę go wysłuchać. W każdym razie osobiście nie chce mi się próbować wnikać w historyczno-polityczne fakty, bo mam za mało danych. Ale nie mogłem się oprzeć chęci zapisania wspomnień z tamtych czasów, bo były to naprawdę dotkliwe i bolesne przeżycia. To tylko kilka drobnych i bardzo osobistych wspomnieniowych spojrzeń wstecz.

Wspomnienie 1. 13.12.1981. Mieszkałem wtedy w Warszawie, na ul. Reytana, tuż obok kina Moskwa, gdzie miał być wyświetlany film „Czas Apokalipsy”. Obraz kina Moskwa z billboardem „Czasu Apokalipsy” i stojącymi przed nim dwoma transporterami opancerzonymi najbardziej znany jest jako zdjęcie Chrisa Niedenthala. Wyszedłem, żeby spojrzeć na miasto, widziałem to, ale byłem w takim przygnębieniu, że nawet nie przyszło mi do głowy, żeby cokolwiek fotografować. Pod wieczór spotkałem się z kilkoma przyjaciółmi, którzy przynieśli ze sobą jakieś flaszki, mówiąc „taki syf, to trzeba się chociaż napić”. Potem wyszliśmy na miasto, że sprawdzić, jak działa „godzina milicyjna” (wtedy obowiązywała od 19.00, później przesunięto ją na 22.00). Doszliśmy aż do Dworca Centralnego, dopiero tam zatrzymali nas milicjanci, pogrozili palcem i kazali iść do domu. „Eee, taki to i stan wojenny”, powiedział jeden z kolegów.

Wspomnienie 2. W połowie stycznia musiałem pojechać do Płocka. W czasie stanu wojennego obowiązywała zasada, że aby przekroczyć granicę województwa, trzeba było mieć specjalną wizę. Poszedłem na ul. Rakowicką do urzędu dzielnicowego, jak zobaczyłem kilometrową kolejkę, machnąłem ręką i, ryzykując, pojechałem bez wizy. Do Płocka dojechałem bez kontroli i bez problemów, ale w drodze powrotnej autobus, którym jechałem, został przed wjazdem do województwa warszawskiego zatrzymany, wszedł żołnierz i ogłosił, że będzie sprawdzał wizy. Wtedy podniósł się kierowca autobusu, stanął przed nim i oświadczył: „Tu wszyscy pasażerowie mają wizy, więc nie wejdziesz do środka, chyba że mnie zabijesz”. Żołnierz stał chwilę, nie bardzo wiedział, co zrobić, w końcu machnął ręką i wyszedł z autobusu. A pasażerowie zaczęli kierowcy bić brawo, bo większość, podobnie jak ja, wiz nie miała (co groziło sporą karą finansową, a czasami nawet aresztowaniem).

Wspomnienie 3. W sierpniu 1983 roku, tuż po zakończeniu stanu wojennego (został zniesiony 22 lipca) poznałem sympatycznego Austriaka, który przyjechał do Warszawy na letni kurs języka polskiego. W rocznicę sierpnia ’80 spotkaliśmy się na Starym Mieście z jeszcze jednym uczestnikiem kursu języka polskiego, uroczym Amerykaninem o polskich korzeniach. Amerykanin miał dodatkowo przyznane roczne stypendium na UW, miał więc wrócić do Warszawy pod koniec września. Umówiliśmy się, że gdy znów przyjedzie, pójdziemy na piwo. Poszliśmy razem do katedry św. Jana na mszę z okazji rocznicy sierpnia ’80, a potem na demonstrację na Rynku Starego Miasta. Demonstracja została zepchnięta przez ZOMO ulicą Celną w dół na tereny parkowe, gdzie czekała na nas milicja konna i goniła nas na koniach lejąc z góry pałami. Jeszcze na Rynku okazało się, że Amerykanin ma ze sobą kamerę i zaczął filmować, to co tam się dzieje. Ostrzegałem go, ale jemu na tym bardzo zależało, ukrył więc kamerą pod kurtką i był przekonany, że nikt jej nie dostrzeże. Kiedy spychani przez ZOMO schodziliśmy Celną, tuż przed skrzyżowaniem z Brzozową, przez schodzący tłum, tuż przed nami, przepchnęło się z prawej strony na lewą jakichś trzech facetów. Zrobili to tak dynamicznie, że nawet nie zorientowaliśmy się, co się stało. Po chwili dostrzegliśmy, że nie ma obok nas Amerykanina. Tak szybko został porwany przez ubeków. Żeby spróbować go uratować, zabrałem Austriaka do mnie do mieszkania i zadzwoniłem do ambasady USA, żeby poinformować ich o aresztowaniu amerykańskiego obywatela i zaapelować o ratowanie go. Sekretarka, która odebrała mój telefon, połączyła mnie z jakimś urzędnikiem wyższego szczebla, który obiecał, że zajmie się tą sprawą. Mniej więcej dwa miesiące później dostałem od niego list, w którym podziękował za telefon do ambasady i opowiedział mi, jak go pobili, odebrali mu kamerę, jak unieważniono zgodę na studia w Polsce i wydano zakaz przekraczania polskich granic. Więcej się już nie widzieliśmy.

Wspomnienie 4. Podczas demonstracji w czasie stanu wojennego jednym z najczęstszych okrzyków wobec ZOMO było: „geee-staaa-po, geee-staaa-po, geee-staaa-po”. Kiedy na początku lat osiemdziesiątych postanowiono we Frankfurcie nad Menem rozbudować lotnisko, doszło tam do całej serii gwałtownych protestów. Gdy protestujących ludzi brutalnie rozpędzała niemiecka policja, najczęstszym okrzykiem było „cooo-mo, cooo-mo, cooo-mo”…

wtorek, 06 grudnia 2011
Uświadommy sobie, co to jest „naród”

W jednym z programów w TVN słuchałem dyskusji na temat wystąpienia ministra Sikorskiego w Berlinie. Moją uwagę przyciągnęło jednak nie tyle ocenianie treści tego wystąpienia, ale wypowiedź posła Andrzeja Dery, bo ma ona znacznie istotniejsze znaczenie. Wspomniany poseł podkreślił w tej wypowiedzi, że "państwo to naród". Takie rozumowanie może jednak mieć sens tylko w zależności od tego, jak rozumiane jest pojęcie „narodu”.

Jeżeli pojęcie „narodu” utożsamiane jest z jakobińsko-romantycznym mistycyzmem, opartym na rozumieniu „narodu” jako „plemienia”, czyli grupy spokrewnionej rodowo, wywodzącej się od wspólnych przodków i jednolitej duchowo, ma to bardzo złe i szkodliwe wpływy na funkcjonowanie wspólnoty państwa. Oznacza bowiem etniczne i kastowe podziały, a także szereg społecznych zaburzeń.

Inne rozumienie „narodu”, znacznie bardziej sensowne, to schemat który określiłbym jako „model szwajcarski”. W tym kraju naród od niemal tysiąca lat rozumiany jest jako wspólnota, którą łączy współdziałanie dla zapewnienia sobie i ochrony bezpieczeństwa oraz jakości życia. Etniczność, język, kultura, obyczajowość czy plemienność jest tu zupełnie odrębna i nie ma nic wspólnego z pojęciem „narodu”. Wystarczy spojrzeć historycznie na to, jak powstał naród szwajcarski, a wtedy ich wizja narodu stanie się znacznie bardziej zrozumiała. Otóż naród szwajcarski powstał we wczesnym średniowieczu jako wspólnotowe zjednoczenie wolnych chłopów dla obrony przed feudalnym upańszczyźnieniem. Przez kilkaset lat ta antyfeudalna, wolnościowa społeczność była nieustannie napadana i atakowana przez sąsiednich, głównie austriackich, ale także niemieckich i francuskich arystokratów i szlachciców. Skuteczność obrony Szwajcarzy zawdzięczają głównie trudnemu alpejskiemu terytorium i dobrej organizacji, ale oczywiście także poszanowaniu etnicznej i religijnej odrębności.

Jestem przekonany, że u nas należałoby, drogą upowszechniania działań edukacyjnych i medialnych, powoli wyciszać jakobiński romantyzm i zwolna „szwajcaryzować” pojęcie narodu polskiego, którego – w moim przekonaniu – przez tysiąc lat integralną częścią była społeczność żydowska. Taka „szwajcaryzująca” akceptacja tysiącletniej polsko-żydowskiej narodowej integralności byłaby moim zdaniem czynnikiem skutecznie usuwającym wredny, plemienno-kolektywistyczny jakobinizm.

00:29, de_percheville
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 05 grudnia 2011
Kult doktora Goebbelsa

Planowany na 13 grudnia kolejny nacjonalistyczny przemarsz (lub być może cała seria przemarszów) sprawił, że gołym okiem, coraz wyraźniej, widać, jakie są źródła działań propagandowych polskich środowisk faszyzujących. Warto spojrzeć na opublikowaną w 1950 roku przez amerykańskiego psychologa społecznego, Leonarda Dooba, profesora z Uniwersytetu Yale, analizę reguł propagandy doktora Goebblsa1. Nie będę przedstawiał tu wszystkich szczegółów tej strategii, ale chciałbym zwrócić uwagę na kilka bardzo charakterystycznych technik stosowanych przez polityków PiS-u.

Jedna z podstawowa zasad doktora Goebblesa, to koncentracja na wąskim zakresie tematycznym, ale za to w sposób bardzo intensywny, nieustannie i w każdej sytuacji, długotrwale powtarzanym. Wybrany zakres tematyczny definiowany jest w sposób  prosty, niemal prymitywny, ale głośno i wyraziście. Tak wyglądała propaganda „układów”, politycznej „korupcji”, „zbrodni smoleńskiej” itp.

Inna zasada to dominacja medialna – wystarczy przypomnieć sobie jak wyglądała, po stworzeniu PiS-owskiego rządu, akcja przejęcia kontroli nad publicznymi mediami. Potwierdzają to też wypowiedzi m.in. prezesa Kaczyńskiego, który wielokrotnie podkreślał, że niepowodzenia wyborcze jego partii wynikają przede wszystkim ze zdominowania mediów przez politycznych przeciwników.

Kolejna reguła to generowanie fikcyjnych, sensacyjnych wydarzeń, budzących silne społeczne emocje – wzorowane na „nocy kryształowej” czy „pożarze Reichstagu”: „Dziadek z Wehrmachtu”, „Doktor Śmierć”, „afera hazardowa”, „zbrodnia smoleńsko-katyńska” itp.

No i od niedawna nowa, wcześniej niestosowana akcja: goebbelsowskie masowe „Aufmärsche”. Wydawałoby się, że bijatyka i kompromitacja patriotyzmu podczas „aufmarszu” 11 listopada spowoduje wycofanie się lub przynajmniej odsunięcie w czasie tego rodzaju akcji. Jest wręcz przeciwnie. Doktor Goebbels uważał, że publiczne, masowe przemarsze są skuteczną techniką narzucania zwykłym ludziom pewnych idei, zastraszania ich, spychania na margines przestrzeni publicznej. Po przegranych wyborach nie ma rady, trzeba sięgnąć po coraz brutalniejsze narzędzia.

Mówiąc szczerze, gdy widzę tego typu działania, silnie mi się one kojarzą z pewnym słynnym, historycznym tekstem. Pozwolę sobie zacytować jego niewielki fragment:

Wszelka propaganda musi mieć charakter ludowy, a jej poziom intelektualny powinien być dostosowany do zdolności pojmowania przez najbardziej ograniczone osoby spośród tych, do których ją kierujemy. […] Zdolność masowego pojmowania jest bardzo ograniczona, rozumienie słabe, natomiast zapominalstwo i roztargnienie ogromne. Z tych powodów każda efektywna propaganda musi ograniczać się do bardzo niewielu punktów, które należy w wyrazisty sposób upowszechniać tak długo, aż z całą pewnością ostatnie z użytych słów w pełni nabierze zamierzonego znaczenia.
(Adolf Hitler, „Mein Kampf”, tłum. J.- É. de Percheville).

 

1 L. W. Doob, Goebbels' Principles of Propaganda. The Public Opinion Quarterly, 1950, tom 14, nr 3, str. 419-442.